- Słuchaj, Tęcza. Chodzi o ten interes, który omawialiśmy wczoraj z Pilgrimem... .

Pewnego letniego popołudnia moja żona i ja poszliśmy na długi spacer do lasu. Zatrzymaliśmy się nad przepięknym jeziorem Mohonk, które leży w jednym z najwspanialszych parków narodowych w Ameryce: trzy tysiące hektarów dziewiczych zboczy, pośród których jezioro tkwi jak klejnot w lesie. Słowo "mohonk" oznacza "jezioro na niebie". Niezliczone wieki temu jakiś gigantyczny wstrząs ziemi wyrzucił w górę te nagie skały. Wychodzi się z głębi lasu na brzeg urwiska, skąd można ogarnąć wzrokiem rozległe doliny wśród skalistych, starych jak świat wzgórz. Te lasy, góry i doliny mogą stanowić idealne schronienie przed zgiełkiem świata. Owego popołudnia, kiedy spacerowaliśmy, na zmianę padał letni deszcz i świeciło słońce. Przemokliśmy i zaczęliśmy trochę narzekać, bo nasze ubrania wyglądały nieporządnie. Potem jednak powiedzieliśmy sobie, że człowiekowi nie może zaszkodzić przemoczenie czystą deszczówką, że deszcz przyjemnie chłodzi i orzeźwia twarz, i że zawsze można usiąść w słońcu, żeby wyschnąć. Wędrowaliśmy pod drzewami, rozmawialiśmy, wreszcie zamilkliśmy.. Połamał. Tam pan Andrzej Potocki potężnie mury obsadził i tyle. - Przestańcie - wtrącił nagłe Boholt. - Nie ma się czym gorączkować. Byle bałwan widzi, że to złoty smok. A co to, proszę waszmości, za różnica, złoty, siny, sraczko-waty czy w kratkę? Duży nie jest, załatwimy go raz-dwa. Zdzieblarz, Niszczuka, rozgrużajcie wóz, wyciągajcie sprzęt. Też mi różnica, złoty, niezłoty. - Jest różnica, Boholt - powiedział Zdzieblarz. - I to zasadnicza. To nie jest smok, którego tropimy. Nie ten, podtruty pod Hołopolem, który siedzi w jamie, na kruszcu i klejnotach. A ten tu siedzi na rzyci jedynie. To po cholerę nam on? - Ten smok jest złoty, Kennet - warknął Yarpen Zigrin. - Widziałeś kiedy takiego? Nie rozumiesz? Za jego skórę weźmiemy więcej, niż wyciągnęlibyśmy ze zwykłego skarbca. - I to nie psując rynku drogich kamieni - dodała Yennefer uśmiechając się nieładnie. - Yarpen ma rację. Umowa obowiązuje nadal. Jest co dzielić, no nie? - Hej, Boholt? - wrzasnął Niszczuka z wozu przebierając z rumorem w ekwipunku. - Co zakładamy na siebie i na konie? Czym ta złota gadzina może ziać, hę? Ogniem? Kwasem? Parą? - A zaraza jego wie, proszę waszmości - zafrasował się Boholt. - Hej, czarodzieje! Czy legendy o złotych smokach mówią, jak takiego zabić? - Jak go zabić? A zwyczajnie! - krzyknął nagle Kozojed. - Nie ma co medytować, dajcie prędko jakiego zwierzaka. Napchamy go czymś trującym i podrzucimy gadu, niech sczeźnie. Dorregaray popatrzył na szewca z ukosa, Boholt splunął, Jaskier odwrócił głowę z grymasem obrzydzenia. Yarpen Zigrin uśmiechał się obleśnie, wziąwszy się pod boki. - Co tak patrzycie? - spytał Kozojed. - Weźmy się do roboty, trzeba uradzić, czym napchamy ścierwo, żeby gad skapiał co rychlej. Musi to być coś, co jest strasznie jadowite, trujące albo zgniłe. - Aha - przemówił krasnolud, wciąż z uśmiechem. -Coś, co jest jadowite, paskudne i śmierdzące. Wiesz co, Kozojed? Wychodzi, że to ty. - Co?. Dotyczy myślenia, pierwsza zaś odnosi się do reszty. . Stępstwo przynależność do szlachty lub burżuazji, bycie kułakiem, Ukraińcem, a nawet. - Nie osobiście, ale przyśle innych. I poleci im, żeby nie zabijali doktora od razu, tylko zaciągnęli go w ustronne miejsce i wydusili z niego, kto za nim stoi, kto kazał mu kłamać. Kula w łeb na pewno byłaby przyjemniejsza. - Havelock nie odrywając oczu od kartki, sięgnął po słuchawkę.. Jeśli szczęście zależy od naszych myśli, jest rzeczą konieczną pozbyć się myśli, które sprowadzają przygnębienie i zniechęcenie. Aby tego dokonać, trzeba najpierw po prostu powziąć takie postanowienie, a następnie zastosować łatwą w użyciu technikę, którą podsunąłem kiedyś pewnemu biznesmenowi. Jedliśmy wspólnie lunch i stwierdziłem, że nieczęsto spotyka się tak ponury nastrój, jaki on roztaczał. Rozmowa z nim byłaby skrajnie przygnębiająca, gdybym pozwolił jej atmosferze na mnie oddziaływać. Cuchnęła pesymizmem. Każdy, kto go słuchał miał prawo być przekonany, że wszystko się wali. Oczywiście był zmęczony. Nagromadzone problemy przytłoczyły jego umysł w poszukiwaniu wytchnienia odsunął się więc od świata, z którym jego nadszarpnięta energia nie była w stanie się zmierzyć. Jego głównym problemem był depresyjny schemat myślenia. Potrzebował przypływu światła i wiary.. Bardziej szczegółowo, a wtedy stanie się to dla was jasne.. Dalekie światełko znika. Tonie i rozmywa się w powodzi miliarda błękitnych ogników, którymi nagle rozbłyskuje i płonie całe bagno. Koń parska, rży, szaleje po grobli, Ciri z trudem utrzymuje się w siodle. W sunącej po niebie wstędze zjawiają się niewyraźne, koszmarne sylwetki jeźdźców. Są coraz bliżej, widać ich coraz wyraźniej. Chwieją się bawole rogi i wystrzępione pióropusze na hełmach, spod hełmów bieleją trupie maski. Jeźdźcy siedzą na szkieletach koni, okrytych strzępami kropierzy. Wściekły wicher wyje wśród wierzb, klingi błyskawic bez ustanku tną czarne niebo. Wiatr zawodzi coraz głośniej. Nie, to nie wiatr. To upiorny śpiew. Koszmarna kawalkada zakręca, mknie wprost na nią. Kopyta widmowych koni kotłują poświatę błędnych ogników wiszących nad bagnami. Na czele kawalkady galopuje Król Gonu. Przerdzewiały szyszak kołysze się nad trupią maską, ziejącą dziurami oczodołów, w których płonie sinawy ogień. Powiewa wystrzępiony płaszcz. O pokryty rdzą napierśnik grzechocze naszyjnik, pusty jak stara grochowina. Niegdyś były w nim drogie kamienie. Ale wypadły podczas dzikiej gonitwy po niebie. I stały się gwiazdami... To nieprawda! Tego nie ma! To koszmar, to majak, to złuda! To mi się tylko zdaje! Król Gonu spina rumakakościotrupa, wybucha dzikim, przerażającym śmiechem. Dziecko Starszej Krwi! Należysz do nas! Jesteś nasza! Dołącz do orszaku, dołącz do naszego Gonu! Będziemy gnać, gnać aż do końca, aż do wieczności, aż po kraniec istnienia! Jesteś nasza, gwiazdooka córo Chaosu! Dołącz, poznaj radość Gonu! Jesteś nasza, jesteś jedną z nas! Wśród nas jest twoje miejsce! - Nie! - wrzasnęła. - Idźcie precz! Jesteście trupami!.